Daliśmy wplątać się w politykę, której podobno tak bardzo nie lubimy, a jednak generowane przez nią negatywne emocje uzależniają nas jak twardy narkotyk.

Co trzeba sobie wmawiać, czym się łudzić, żeby w zdjęciach ciał wyrzuconych na brzeg nie dostrzec przewrotności losu, nie pomyśleć, co bym czuła / czuł, jeśli na miejscu jednego z topielców byłby ktoś mi bliski, moje dziecko?

Utonęło co najmniej 2 500 osób. 2 500 historii o tym, że ktoś stracił kogoś najbliższego, bo musiał uciekać ze swojego kraju ogarniętego wojną domową rozpętaną przez chciwych, głupich i zacietrzewionych.

2 500 = 1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+1+…

To nie jest tylko ich (Syryjczyków, Niemców, Europy, etc.) kryzys. To jest też nasz kryzys. Bo mówi o nas więcej niż chcielibyśmy usłyszeć. Zasłaniamy się biedą, nie naszą sprawą, nieogarniętym państwem, etc. Nadużywamy słów, których nie rozumiemy: pomoc, solidarność, współczucie. Słowa-szmatki, którymi wycieramy sobie buzie, dodając zaraz „tak, ale…”. Kto chce – szuka sposobów, kto nie chce – szuka powodów.

Na forach, oprócz porażającego, nieludzkiego hejtu, najczęściej pojawiają się pytania typu: „Jaką mam gwarancję, że uchodźca-muzułmanin nie zgwałci mnie albo mojego dziecka?”. A jaką masz gwarancję, że nie zrobi tego Polak z mieszkający 3 bloki albo dzielnice dalej?

Gwarancję się dostaje na sprzęt RTV/AGD. Na życie i przeżycie gwarancji nie ma. Czy wsiadasz do samochodu mając gwarancję, że dojedziesz do celu? Nigdy jej nie masz, a jednak wsiadasz, BEZWARUNKOWO (i w zdecydowanej większości przypadków kończysz podróż szczęśliwie).

To nie czas na pytanie, czy tędy droga. Bo to się dzieje już. To nie czas na decyzje „pod warunkiem, że”. To jest czas na bezwarunkowy odruch niesienia pomocy. Co sądzimy o lekarzach, którzy na ostrym dyżurze zamiast rzucić się do ratowania czyjegoś życia zasłaniają się procedurami i znikają na pół godziny wypisywać papiery? No właśnie.

Specjalne podziękowania dla mediów za to, że szprycują emocjami, zapominając o merytorycznym wyjaśnianiu tematu: dlaczego, skąd, po co? Za to, że nie dopytują bełkoczących polityków o logiczne konkrety. Za to, że nie zadają niewygodnych pytań. Dlaczego, kiedy rzecznik PiS (zresztą, nieważne kto) mówi, że Polska nie jest tak silna i bogata, żeby brać na siebie odpowiedzialność, dziennikarz nie zadaje pytania „A co z tradycją kultury chrześcijańskiej”?

Za to, że ludzką ciekawość tego, jak żyją inni, zaspokajają zapuszczając kamery w cycki Natalii Siwiec, chociaż życie zwykłej rodziny z innej szerokości geograficznej, kulturowej i religijnej byłoby o wiele bardziej egzotyczne. A przy okazji mogłoby nieco zrównoważyć stereotypowe wyobrażenie takiego przykładowego muzułmanina.

I za to, że wrzucają do jednego wora migrantów, którzy uciekają DO czegoś i uchodźców, którzy uciekają PRZED czymś.

Specjalne podziękowania dla szkoły za to, że nie promuje samodzielnego myślenia. Że omawia różnice gatunkowe „liryka/epika/dramat”, ale najwyraźniej nie wyjaśnia, że tv i internet to takie same gatunki, które rządzą się swoimi bardzo określonymi prawami i które należy poddawać krytycznej interpretacji. Że to, co na ekranie, to nie jest prawda objawiona, tylko 1/1000 rzeczywistości (albo mniej).

Za to, że podczas lekcji historii nie potrafi wyciągnąć esencji, czyli koszmarnego losu pojedynczego człowieka siłą wplątanego w niezależne od niego okoliczności (może warsztaty „co byś zrobił gdybyś był na miejscu syryjskiej rodziny”, „co może czuć uchodźca”?).

Specjalne podziękowania dla polskiego kościoła katolickiego za to, że posiadany zasięg wykorzystuje nie po to, żeby ludzie stawali się lepsi, a po to, żeby byli bardziej posłuszni.

Za to, że nie otwiera ludzi na innych, tylko podsyca strach przed Innym. Że utwierdza w bierności, bo i tak wszystko w rękach Boga.

Za to, że mógłby być moralnym, duchowym punktem odniesienia, ale nie jest, bo to, że PiS musi wygrać wybory jest ważniejsze od czyjegoś utopionego życia. Za to, że boi się islamizacji Europy, ale jednocześnie grzmi z ambony o grzechu in vitro, strzelając sobie w temacie przyrostu naturalnego w kolano.

Dla wszystkich razem: za to, że każda z instytucji ma społeczne zobowiązania, ale jest tak zajęta swoimi partykularnymi interesami, że nie wpadła na pomysł, żeby przygotować kilkuletnią strategię działania w oparciu o analizę konkretnych problemów, nie własnych, ale tych zewnętrznych, społecznych. Komunikować sprawy ważne, a nie polityczny bełkot. Zdefiniować najważniejsze potrzeby (znowu: nie własne, tylko zewnętrzne, społeczne) i dopasować do nich odpowiednie rozwiązania. Na przykład: prognozujemy wzrost nastrojów ksenofobicznych? Dajmy ludziom obejrzeć, jak żyją inni. Uspokójmy ich, że jak bardzo inny nie byłby Inny, to mamy przynajmniej jedną cechę wspólną: człowieczeństwo.

Człowieczeństwo – to brzmiące górnolotne słowo sprowadza się do bardzo przyziemnych spraw takich jak: troska o bliskich, nie dająca się ująć słowami miłość do dziecka, a w sytuacjach krytycznych gotowość do zachowań, których rozum nie ogarnie. Pod tym względem jesteśmy do siebie zadziwiająco podobni.

Steven Spielberg zrealizował kiedyś taki projekt na pograniczu palestyńsko-izraelskim: rozdał dzieciom po jednej i po drugiej stronie kamery z prośbą o nagrywanie zwykłego życia. Później palestyńskie nagrania wysłano do dzieci w Izraelu i odwrotnie. Co się okazało? Że codzienna rutyna po obu stronach wygląda tak samo. Że życie Innego jest łudząco podobno do mojego, wbrew relacjom ładnego pana z telewizji z muzyką grozy w tle.

Więc może, skoro szkoła, media i kościół najwyraźniej pogubiły się w swoich społecznych zobowiązaniach, nie zasłaniajmy się nimi, odłóżmy na bok przekonania zassane ze szkolnej ławki, ambony czy ekranu i wróćmy do korzeni. Do sedna.

Nie jesteśmy inni. Los nie rządzi nami według innego algorytmu. Żyjemy w złudzeniu, że to co jest teraz, będzie zawsze. Mamy krótką pamięć i krótką wyobraźnię. Nie tak dawno Polacy też szukali azylu uciekając przed prześladowaniami politycznymi. Polecam artykuł z 1981 z New York Timesa: tutaj. Nie tak daleko mieszka ponad 550 000 polskich imigrantów – jakie byłoby nasze oburzenie, gdyby zamknęli przed nami drzwi, zakazali prawa pobytu i pracy w Londynie. To by dopiero było niegodziwe!

Ćwiczenie dla wyobraźni: wojna z Ukrainy przelewa się na Polskę, część z nas chce uciekać, na przykład do rodzin w UK, czy innych krajach UE. Niestety na granicy w Słubicach Angela pokazuje nam faka („bo sami nie przyjęliście uchodźców”), a pozostałe narody argumentują: „Polacy kradną, nie chcemy was”, „Polacy piją, boimy się was”, „Polacy są nawiedzonymi katolikami, nie chcemy, żebyście indoktrynowali nasze dzieci”. Przecież to ten sam kaliber argumentów i stereotypów: Arab – terrorysta, Polak – złodziej i pijak.

W każdej chwili to my możemy być uchodźcami, szczególnie w takiej a nie innej sytuacji za wschodnią granicą. Dlatego mam szczerą nadzieję, że jeśli nie działa już na nas bezwarunkowa chęć pomocy, to przynajmniej zadziała strach o własne dupska.

Oczywiście, że uchodźcy są problemem. Oczywiście, że są i będą niewygodni. Ale nie stać nas na ich nieprzyjmowanie. Przewrotność losu bywa zaskakująca – kto jak kto, ale my powinniśmy to jeszcze dobrze pamiętać.

banksys-dismaland

jedna z realizacji Banksy’ego w Dismaland – „apokaliptycznym parku konsternacji” (mężczyzna z telefonem nie jest elementem  instalacji)

Cała ta dyskusja ma drugie dno: pokazuje nie tylko nasze nastawienie do Innych, ale też odsłania ogrom skali, do której urósł konflikt. Mamy rozpalone głowy i nerwowe ciała. Coraz trudniej wyobrazić sobie rzeczową dyskusję, coraz trudniej o fakty zamiast opinii i odczuć.

Wszyscy już wszystko wiedzą, nikt nie zadaje pytań, nikogo już właściwie kontrargumenty nie interesują. Czy idziemy już na zderzenie, na wybuch? Czy może jednak uda się jeszcze wyhamować, opamiętać?

Tak się składa, że moja mantra „wszystko będzie dobrze” dostaje ostatnio regularnego pstryczka w nos. Czasami prywatnie, coraz częściej w „sprawach publicznych”.

Kiedy jakiś czas temu pojawił się Janek (mój syn), zmieniło się przede wszystkim to, że zaczęłam się bać. Wcześniej w obliczu różnych sytuacji przeganiałam strach i szłam w niepewne jak w ogień, a wychodziłam z niego z mało pokornym „A nie mówiłam?!”. Dzisiaj proporcje w zabawie z losem się zmieniły i częściej oglądam figę z makiem niż ją pokazuję.

Zmieniło się też to, że odkąd na własnej skórze poczułam emocjonalny koszt zaangażowania + rachunek roboczogodzin, których potrzeba, żeby to małe toto wyprowadzić w życie i w świat (nie gniewajcie się, bezdzietni – nie wymądrzam się nad Wami, prędzej zazdroszczę), to każda statystyka, czy 5 ofiar czy 300, poraża mnie, bo za każdą z nich widzę pojedyncze matki, które są przecież od tego, żeby stawać na rzęsach a nie nad grobem (o ile taki w ogóle jest).

Być może ktoś skomentuje z lekką kpiną: o, dojrzewasz, w końcu, wow. Tak, kilka prywatnych lat temu i kilka newsów mniej było jakby łatwiej. Łatwiej nie bać się, machnąć ręką, nie wyobrażać sobie, nie panikować.

Dzisiaj coraz trudniej nie ulegać rzeczywistości. Ale jeśli z czegoś naprawdę nie chcę w życiu rezygnować, to to jest właśnie ta naiwna wiara, projekcja, zaklęcie, jak zwał tak zwał, ale że będzie dobrze. Jeszcze chwila, może dłużej, ale „będzie dobrze, synku, zobaczysz, zaufaj mamie”.

Strasznie, ale to strasznie nie chcę przestawiać się na myślenie, że happy endu nie będzie.