Bertil-Vallien-Earth-My-Ocean

Nie ma większego wyzwania dla mieszkania niż a) ciąża z uaktywnionym syndromem gniazda, b) powrót z (niekoniecznie dalekiej) podróży. W wariancie pierwszym pod wpływem hormonów dochodzimy do wniosku, że należy: przestawić, wyrzucić, wyburzyć, przemalować, dokupić, TAAAAK, PRZEDE WSZYSTKIM DOKUPIĆ. Na szczęście po urodzeniu dziecka kwestie mieszkaniowe schodzą na dalszy plan, głównie dlatego, że wątpliwości z gatunku „a gdyby tak przearanżować…” stają się szczytem luksusu, na który być może masz pieniądze, ale na pewno nie masz czasu.

Drugi sprawdzian – powrót z podróży – wydaje się bardziej wiarygodny. Co prawda najczęściej oznacza koniec wakacji, a lądowanie w codziennej rzeczywistości jest doświadczeniem na tyle bolesnym, że nie sprzyja optymistycznemu oglądowi sytuacji. Ale jest też druga strona medalu: najprawdopodobniej zdążyłaś / zdążyłeś stęsknić się za swoim domem (szczególnie za łazienką, sypialnią i lodówką).

Liczy się pierwsze wrażenie: te 3 sekundy od naciśnięcia klamki, kiedy jeszcze jesteś gościem. Potem znowu jesteś u siebie, tak jakby ktoś jednym pstryknięciem palcami anulował całą podróż, całą nieobecność. No bo na zdrowy rozum to przecież niemożliwe, żebyś jeszcze dzień wcześniej był 10 000 kilometrów, 8 stref czasowych i ileś stopni Celsjusza stąd.

Przez kilka lat wracałam do wynajmowanych mieszkań, za każdym razem do innego. Najczęściej witały mnie mniejsze lub większe awarie: uschnięty kwiatek lub dla odmiany lekko wypaczony od przeciekającego okna parkiet. Totalna ciemność jako kara za nieopłacone na czas rachunki albo pułapka w lodówce: smrodliwa reinkarnacja niedojedzonego przed wyjazdem deseru.

Później, kiedy rozpakowywałam bagaże już „na swoim”, krytyczne oko zaczęło się wymądrzać. Jeśli wyjazd miał charakter galeryjno-muzealny: za mało sztuki na ścianach. Jeśli trasa prowadziła przez stare, europejskie miasta: widok za oknem nie do zniesienia. Po Skandynawii: tylko beże, tylko szarości, kolory ziemi i biel! Po powrocie z Azji: za blado, za mdło!

Tym razem było inaczej. Dom sam w sobie za bardzo się nie zmienił. W łazience nadal dynda kabel z żarówką, bo szósty rok nie jestem w stanie wybrać odpowiedniej lampy. Białe ściany domagają się odmalowania (szarość, w którą zaczęły wpadać, ma niewiele wspólnego z szarością „skandynawską”). A największe okno, gdyby tylko miało ręce, samo by sobie napisało palcem: „BRUDAS”. Mimo to przez pierwsze 3 sekundy i kolejne dni dom wywołuje uczucie przyjemności i nie ma to nic wspólnego ze stanem posiadania.

Przypomniał mi się cytat z Apollinaire’a. Trafiłam na niego dobrych kilka lat temu w „Grze w klasy” Cortazara, ale dopiero teraz uderzyło mnie, że związek między „dom” a „ja” może być aż tak dosłowny. Il faut voyager loin, en aimant sa maison. Dalekie trzeba podejmować podróże kochając swoje domostwo.

Na zdjęciu: mini-rzeźba ze szkła Earth My Ocean, Bertil Vallien dla Kosta Boda (źródło: Galeria Niuans)